Początek podróży – Kosowo

Cześć! Od razu zaznaczę, że nie będę się tutaj rozwodził na tematy, które możecie zobaczyć na filmie. Wspomnę o tych, które są istotne w samej przygodzie, ale bardziej chodzi o dopowiedzenie tego czego nie udało mi się nagrać.

Wyruszyliśmy z Sofii i po raz pierwszy i jedyny podczas tej podróży zapłaciliśmy za transport. Za nocny autobus z Sofii do Macedonii. Kosztował on około 70 złotych. Kurs był bardzo późno i około 5 nad ranem zawitaliśmy na dworzec główny w Skopje. Jak się okazało, aby dojść na dogodne do łapania stopa miejsce, mieliśmy przejść ponad 10 km. Był to przedsmak tego, jak dużo podczas całej wycieczki mieliśmy zrobić kilometrów na nogach.

Sporą część tej drogi szliśmy poboczem, bez żadnych odblasków. Było to trochę nieodpowiedzialne, ale ostatecznie znaleźliśmy dobre miejsce do zatrzymywania aut poza miastem. Godzina była na tyle wczesna, że było jeszcze ciemno i ledwo było widać Żanetę próbującą złapać stopa. W niedługim czasie misja jednak zakończyła się powodzeniem i byliśmy już pod granicą z Kosowem.

Na przejściu granicznym dostałem reprymendę od celnika, że w tym miejscu zabronione jest nagrywanie. Szybko się zreflektowałem i schowałem go-pro. Mimo małego zgrzytu panowie celnicy bez problemu nas przepuścili i już byliśmy na terenie Kosowa.

Do stolicy nie było daleko, bo tylko 90 kilometrów. Kosowo to naprawdę malutki kraj. Dojazd udał nam się na raty. Musielismy łapać samochód aż 3 razy, ale nie zajeło nam to dużo czasu, w związku z czym już o godzinie 8 rano byliśmy w stolicy.

Kierunkowskaz na stolicę.

Byliśmy dosyć mocno przetyrani po podróży autobusem w nocy i poranna przebieżką w Skopje. Postanowiliśmy jednak najpierw pozwiedzać, a potem ewentualnie poszukać jakiegoś dyskretnego miejsca, żeby chwilę odespać. Najpierw zajrzeliśmy do knajpy Route 66, gdzie Żaneta zjadła bardzo dobrego burgera jak mówiła. Ja nie miałem ochoty na takie frykasy od rana, zatem wypiłem tylko kawę i ruszyliśmy dalej.

O napisie „Newborn” już mówiłem w filmie, więc jeżeli jesteście ciekawi, a jeszcze nie widzieliście to polecam. Dalej oczywiście nieśpiesznym tempem obchodziliśmy miasto. Po drodze zaliczając parlament, czy słynny Grand Hotel Prisztina. Ludzie nas pozdrawiali. Widać było, że przyciągamy uwagę.

Po kilku godzinach i sprawdzeniu w zasadzie wszystkich interesujących nas atrakcji, postanowiliśmy poszukać miejsca na sen. Rozbiliśmy namiot w niewielkim parku na uboczu głównej drogi w mieście. Ja jak zawsze miałem problem ze snem w godzinach południowych, więc dałem oczom tylko trochę odpocząć.

Po chwili odpoczynku ogarneliśmy się i ruszyliśmy dalej. Droga jak się okazało znów niezmiernie się dłużyła i nim zauważyliśmy, mieliśmy na liczniku kolejne kilkanaście kilometrów tego dnia. Wiadomym było zatem, że podrodzę trzeba było zrobić przerwę na małe piwko. Mimo początku października, temperatury w Kosowie przekraczały tego dnia dobrze ponad 25 stopni.

Przez cała podróż przez stolicę o dziwo nie widziałem nikogo kto piłby na ławkach piwa. Zatem kiedy podczas spożywania jednego z nich podjechała obok nas policja, nie byłem pewny jak to się może zakończyć. Oczywiście zauważyli, że spożywamy alkohol, ale kazali nam się tylko oddalić z tego miejsca i nie wywalać puszek byle gdzie. Ulżyło mi i jednocześnie odczułem zdziwienie, ponieważ gdzie nie spojrzałem to walały się śmieci, w tym puszki po piwach. Skąd ta nagła troska o środowisko ? Pojęcia nie mam.

Następnym celem było Prizren. Miasto to także było przez wielu polecane do zwiedzenia. Mieliśmy szczęście i udało nam się złapać samochód, który prowadziła pewna pani z córką, wybierające się na mecz siatkówki, bądź koszykówki (pamięć mnie myli). Jechały one prosto do centrum Prizrenu. To się nazywa fart!

Panie poleciły nam jeszcze, gdzie warto zjeść i wysadziły nas w samym centrum. Robiło się już późno i musieliśmy szybko znaleźć jakieś miejsce. Postanowiliśmy ruszyć w górę uliczkami i tam znaleźć jakiś kąt. Droga szła tak ostro pod górę, że miejscami miałem problem żeby się ruszyć po całym dniu chodzenia. Długo nie mogliśmy znaleźć miejsca, krążąc w kółko. Ostatecznie zdecydowaliśmy się wejść praktycznie na najwyższy punkt w tamtym obszarze.

Po drodze zauważyły nas dzieciaki tam mieszkające. Robiły sobie z nas żarty, jak mniemam, bo niestety nie potrafiły mówić za specjalnie po angielsku. Kiedy zobaczyły, gdzie zamierzamy się udać, zaczęły za nami biec wydając dziwne „ryki”. Zorientowaliśmy się, że chodzi o to, że w gąszczach gdzie chcieliśmy się rozbić musiały przebywać jakieś zwierzęta. Najpewniej niedźwiedź.

Postanowiliśmy zapytać mieszkających nieopodal ludzi, czy możemy się rozbić pod ich domem. Oczywiście żadne z nich nie rozmawiało po angielsku i nie szło się z nimi dogadać nawet w języku „migowym”. Kazali nam poczekać i jak się później okazało, jeden z dzieciaków poleciał po osobę rozmawiającą po angielsku. Szybko wyjaśniliśmy o co chodzi i że chcielibyśmy tylko móc się przespać pod domem skoro tam są dzikie zwierzęta.

Nie było z tym żadnego problemu, zaproponowali nam jeszcze przespanie się na werandzie, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że namiot jest wygodniejszy. Dzieciaki jeszcze przez dobrą godzine nie dawały nam spokoju i zagadywały do nas. Później przerodziło się to w rzucanie w namiot patykami, ale szybko im się to znudziło. Mogliśmy po tym pierwszym ekscytującym dniu położyć się spać. Co też jeszcze nas spotka?