Etap drugi – przeprawa do Czarnogóry

Witam ponownie! Ostatnio skończyliśmy na historii z niedźwiedziem, zatem kontynuujmy podróż do Czarnogóry. Po obudzeniu się rano i zwinięciu manatków uznaliśmy, że pora udać się na najsłynniejszy w Prizren obiekt. Twierdza Kalaja, bo o niej mowa, góruje nad całym miastem i jest swego rodzaju punktem widokowym. Droga z plecakiem nie należy do najprzyjemniejszych, jednak widok z góry rekompensuje to w 100%. Tego dnia, poza nami znajdowała się tam jedynie trójka osób, co świadczy o tym, że nie jest to miejsce oblegane przez miejscowych.

Widok z góry obejmuje praktycznie całe miasto. Łącznie z pobliskimi górami. Co ważne samo wejście jest za darmo.

Zauważyłem, że pomimo godziny przedpołudniowej wszędzie było pełno ludzi, co popchnęło mnie do poszperania w internecie. Po krótkich poszukiwaniach udało mi się ustalić, że poziom bezrobocia w tym kraju dochodzi do…uwaga 50%. Praktycznie co druga osoba jest bez pracy. Faktem też jest, że jest to bardzo młode społeczeństwo i na ulicach pląta się masa młodych ludzi w wieku do 25 lat.

Piękne góry w tle

Pejo było ostatnim przystankiem jeżeli chodzi o Kosowo. Nie ma tam za wiele do zwiedzania, jednak na pewno warto w drodze do Czarnogóry odwiedzić to miasto. Można tam odnaleźć wiele elementów związanych z zachodem, jak nazwy ulic, czy pomniki stojące w mieście.

Przyjaźń Amerykańsko-Kosowska

Trzeba było jakoś opuścić kraj. Przeszliśmy 10 kilometrów na wylotówkę w Pejo. Dosłownie 5 minut później już siedzieliśmy w aucie z blachami czarnogórskimi, które miało nas dowieźć około 60 km za granicę z Kosowem.

Przejazd przez granicę Czarnogóry odbył się bezboleśnie, nikt nawet nie sprawdzał naszych plecaków, czy auta. Jak miało się później okazać, sytuacja ta powtarzała się na każdym przejściu granicznym na naszej drodze.

Pierwszy złapany transport w Czarnogórze, to dwójka młodych gości, którzy chcieli nas częstować marihuaną i wyprzedzali na trzeciego w tunelu. Wtedy chyba pierwszy raz podczas tej wycieczki zacząłem się obawiać o swoje życie. Na całe szczęście nie można było odmówić kierowcy umiejętności i w jednym kawałku dojechaliśmy do Mojkovac.

Tym razem nie do stolicy..

Tutaj zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby złapać drugi oddech. Można było usiąść na ławce i podziwiać górzyste tereny Czarnogóry. Mijało nas naprawdę niewiele samochodów i zacząłem mieć obawy, że nie uda nam się tego dnia dotrzeć do Žabljaka. Zaczęliśmy maszerować w kierunku tej miejscowości. Po drodze w miejscowym sklepie zaopatrzyliśmy się w paliwo, czyli kilka regionalnych browarów i ruszyliśmy dalej.

Jaskółka w Czarnogórze 😉

Pogoda robiła się coraz gorsza, pojawiły się burzowe chmury. Po drodze mijaliśmy camping. Prysznica nie brałem od 3 dni, więc perspektywa gorącej kąpieli była kusząca. Wiatr zaczynał wiać z coraz większą siłą. Wiedzieliśmy, że mamy nie wiele czasu na decyzję. Postanowiliśmy szybko wziąć prysznic i poszukać dobrego miejsca do spania poza campingiem. Samo rozbicie namiotu na campingu było pozbawione sensu, bo równie dobrze mogliśmy się rozbić u kogoś na podwórku za darmo. Co też uczyniliśmy.

Camping

Dosłownie chwilę przed rozpoczęciem się ulewy, udało nam się rozbić do końca namiot. Całą noc padał deszcz, a niebo rozświetlały błyskawice. W takich warunkach sen był niespecjalnie możliwy. Udało się jednak przetrwać noc i nas nie zalało, namiot zatem spełnił swoje zadanie.

Rano po przebudzeniu, gospodarze niespodziewanie zaprosili nas do siebie na śniadanie. Komunikacja była raczej minimalna i bardziej oparta na domysłach niż świadomym rozmawianiu (my nie mówiliśmy w ich języku, oni z kolei po angielsku). Poczęstowali nas własnoręcznie robioną nalewką, która jest tam pita zwyczajowo do kawy z rana.

Dostaliśmy także ajvar oraz domowej roboty dżem, podziękowaliśmy ślicznie i ruszyliśmy dalej w głąb Czarnogóry.

Tak samo jak i dnia poprzedniego na drodze próżno było szukać samochodów. W perspektywie mieliśmy do pokonania ponad 30 kilometrów po górskich drogach. Po kilku kilometrach drogi udało nam się złapać pierwszego stopa. Okazało się jednak, że kierowca jedzie naprawdę krótki odcinek z naszej trasy. Wsiedliśmy jednak i podjechaliśmy z nim, bo to zawsze kilka kilometrów mniej z buta z plecakami.

Czy udało nam się złapać autostop, czy też przeszliśmy całą drogę na pieszo? Zapraszam do oglądania filmów na kanale, tam znajdziecie więcej informacji.

Do następnego.