Belgrad, czyli stolica nie tak oczywista

Witam. Jakiś czas mnie tu nie było. Trzeba trochę popracować nad systematycznością ;). Czasem też po prostu brak weny sprawia, że wpisy pojawiają się rzadziej, niż byśmy tego chcieli.

Tym razem chciałbym przedstawić wam mój pobyt w Belgradzie – stolicy Serbii, o którym już zresztą jakiś czas temu zrobiłem film. Nie wszystko można jednak przekazać w taki sposób.

A zatem Belgrad, stolica która nie jest na pierwszy rzut oka tak oczywista jakby mogło się wydawać. Zacznę tylko od tego, że z uwagi na to, że nie jest to kraj członkowski Unii Europejskiej bez ważnego paszportu nie zostaniecie przepuszczeni przez granicę. Z tego też powodu musiałem wrócić do Polski na pare dni (urlop :D), bo nie pomyślałem, że teraz w dobie otwartych granic, ktoś dalej może w Europie wymagać paszportu. No, ale nieważne, bo nie o tym chciałem pisać.

Już wjeżdzając do Belgradu ciężko oprzeć się wrażeniu, że to nie może być stolica jakiegoś kraju. Szare bloki, prosta zabudowa, żadnych fajerwerków. Jednak szybko miasto zyskuję przy bliższym poznaniu. Plusem jest także fakt, że z uwagi na to, że nie jest to bardzo popularny kierunek wsród turystów, raczej nie natkniecie się na tłumy przyjezdnych.

Wysiedliśmy z autokaru a, że był to środek lata od razu zaczeliśmy się kierować do knajpy na zimne piwo. Wybraliśmy miejsce o nazwie „Manufaktura„, gdzie było stosunkowo tanio. Piwo Jelen – osoby które były na pewno kojarzą i polecają. Zaliczam się do nich także i ja, ponieważ to jasne piwo, jednocześnie jest świetne w smaku jak i lekkie, co przy ponad 35 stopniowy upale, jaki wtedy panował było jak wybawienie. Do jedzenia zamówiliśmy tradycyjną na całych Bałkanach pljeskavice, czyli grillowany kotlet z siekanego mięsa. My wybraliśmy mięso z owcy. Porcja nie była zbyt duża i pozostał niedosyt, ale ceny były optymalne na poziomie 20 złotych za danie główne.

Po takim wstępie szybko zainstalowaliśmy się w airbnb, które wcześniej wykupiliśmy. Cena nie przekraczała 40 złotych za dzień na osobę, a lokalizacja była naprawdę dobra, blisko centrum.

Po drodze nietrudno było zauważyć wielkiej ilości murali na ścianach budynków mieszkalnych jak i nawet sklepów.

Po chwili oddechu na kwaterze postanowiliśmy odwiedzić pierwszy i najprawdopodobniej najsłynniejszy zabytek Belgradu, czyli twierdzę Kalemegdan. Z uwagi na dobrą lokalizację, dojście tam zajęło nam ledwie kwadrans. Zamek jak wiele innych na Bałkanach robi naprawdę wielkie wrażenie, widać także, że nieobca tu konserwacja i rekonstrukcja niektórych części twierdzy. Mieliśmy szczęście, ponieważ załapaliśmy się na zachód słońca, a widok z Kalmegdanu obejmuje praktycznie cały Belgrad. Zaparło dech w piersiach i oczywiście nie mogło obejść się bez zrobienia kilku fotek na tle panoramy.

W tym miejscu zauważyłem podwyższoną obecność ludzi, ale wywnioskowałem, że głównie mogą to być lokalsi, którzy po prostu lubią spędzać w obecnych w twierdzy parkach wolne wieczory. Z uwagi na dość późną godzinę zdecydowaliśmy się zostawić resztę zwiedzania na dzień kolejny i przejść się ulicami Belgradu. Trzeba przyznać, że wcześniej liczba ludzi była dość znikoma, w godzinach wieczornych nagle wszystkie knajpki były pozapychane ludźmi. My wybraliśmy natomiast mały pub „Kafana SFRJ” na obrzeżach. Wystrój w stylu starej Jugosławii z różnymi mapami oraz odniesieniami do tego okresu w historii. Piwo Jelen bardzo tanie, ale co muszę zaznaczyć mieli też dobre frytki w bardzo dużych i tanich porcjach. Do piwka jak najbardziej polecam. Na tym zakończyliśmy pierwszy dzień.

Następnego dnia wstaliśmy dosyć wcześnie rano, ponieważ było sporo miejsc do odwiedzenia. Zaczęliśmy od Cerkwii Świętego Sawy, która niestety z uwagi na remont była w głównej mierze zamknięta i wstęp był tylko do podziemnych części. To co widziałem natomiast nie wykracza poza to co już zobaczyłem w innych cerkwiach na Bałkanach. Blichtr, złote firmamenty, złote klamki. Standard, wiadomo.

Następnie udaliśmy się do muzeum Nikola Tesli, które nie zrobiło na nas większego wrażenia. Z uwagi na cenę 20 złotych, można je wydać lepiej. Udało się także zobaczyć zbombardowany przez NATO budynek, który wyglądał faktycznie jak na zdjęciach w necie. Pilnowany był zresztą przez ładną panią żołnierz ;).

Za wiele nie zostało..

Ostatnim przystankiem jeżeli chodzi o zabytki był parlament Belgradzki. Nie dało rady wejść do środka jednak z zewnątrz prezentuje się naprawdę okazale. Przy czym nie mogę do końca pojąć co mają oznaczać rzeźby znajdujące się przed wejściem. Przedstawiają one konie i mężczyzn w dosyć niejednoznacznej pozycji. Dziwne.

Co te konie..

Warto jeszcze wspomnieć o knajpie „Znak zapytania” – tak, taka jest nazwa tej knajpy. Raz, że za jedzenie zapłaciliśmy tam aż 150 zł – dwa dania główne, sałatka, 2 piwa. To w dodatku cevapici, które zakupiliśmy były praktycznie niejadalne. Odradzam wszystkim tę knajpę, która co mnie dziwi najbardziej, zebrała bardzo dobre opinie na advisorze. Być może nie trafiła w mój gust i kieszeń. Ciężko powiedzieć. Na sam koniec chciałbym nadmienić o tym jak łatwo komunikować się w tym kraju przy pomocy języka angielskiego. Ludzie są naprawdę przyjaźni i pomocni. Nikt nie patrzy się na turystów z wrogością. Nawet w małym kiosku pani Jadzia potrafi podstawowe zwroty i będzie was w stanie skierować w dobrą stronę, czy też wytłumaczyć coś. O knajpach, czy pubach nawet nie wspomnę.

Warto też dodać, że wszystko znajduje się praktycznie na jednym obszarze, dzięki czemu nie musimy tłuc się komunikacją miejską w obcym kraju.

Reasumując polecam każdemu wybrać się do stolicy Serbii. Nie jest drogo, natomiast z uwagi na to, że jest to stolica jest to siłą rzeczy najdroższe miasto. Ceny raczej was nie zaskoczą i nie wykraczają poza normy. Zatem piwo dostaniecie w granicach 8 złotych w knajpie, a obiad w okolicach 20-25 za danie główne. Niech was nie zwiedzie na pierwszy rzut oka wygląd i sam klimat tego miejsca, bo po bliższym poznaniu zyskuje naprawdę wiele i na pewno przez wielu to miejsce jest jednym z ulubionych, jeżeli chodzi o Bałkany.